Dominik Sołowiej

Magiczny kwiat, motyle i zmiana płci

Magiczny kwiat, motyle i zmiana płci

Nastolatki” to film, który w inteligentny sposób nawiązuje intertekstualny dialog z popularnymi produkcjami dla młodzieży. W obrazie szwedzkiej reżyserki Aleksandry-Theresy Keining znajdziemy mniej lub bardziej czytelne nawiązania do wszelkiej maści czarodziejek z Księżyca, stowarzyszeń złamanych serc i wędrujących dżinsów. Ale „Nastolatki” (a właściwie „Chłopcy”, bo tak brzmi oryginalny tytuł) to nie płytka historia trzech przyjaciółek, oddających się czarnoksięstwu, tylko poważny film transgendrowy – opowieść o poszukiwaniu siebie i weryfikowaniu tego, co oznacza płeć.

medium_9a91ccf52a0b325f3ccd97a6aa7da9b8-pojkarna-poster

Bohaterkami filmu są Kim, Bella i Momo – sympatyczne nastolatki, mieszkające blisko siebie w identycznych domach na przedmieściu. Ich ulubionym zajęciem jest wspólne spędzanie czasu w przedziwnie wyglądającej szklarni, zbudowanej na tyłach domu Belli. Z jakiegoś nieznanego im powodu dziewczynki są w szkole obiektem nieustannych ataków. Szykanowane i molestowane przez rówieśników, ignorowane przez nauczycieli, pozbawione jakiegokolwiek wsparcia dorosłych (osoby pełnoletnie prawie w ogóle nie pojawiają się w filmie), dziewczynki nie potrafią odnaleźć się w świecie zdominowanym przez brutalność i agresję. Właśnie wtedy, przez przypadek, jedna z nich znajduje magiczne nasionko, z którego w ciągu jednej nocy wyrasta tajemnicza, nieco falliczna roślina, wydzielająca gęsty, przyciągający motyle sok. Po jego spożyciu bohaterki na jedną noc zmieniają się w chłopaków i dzięki temu mogą po raz pierwszy swobodnie czuć się w szkole. Dla Momo i Belli przemiana jest tylko elektryzującą przygodą. Kim widzi w tym szansę na całkowitą zmianę siebie.

„Nastolatki” to doskonały film poświęcony sprawom drażliwym, trudnym, bolesnym, niejednoznacznym. Z całą pewnością przypadnie do gustu widzom poszukującym niepokornego kina psychologicznego, zmieniającego nasz sposób postrzegania świata. Ale opowieść o Kim, Belli i Momo to także elektryzujący klimat „Goonies” Stevena Spielberga, dyskretnie nasycony motywami z kina queer lat 90-tych. Oto „Nastolatki”: oniryczny scenariusz, perfekcyjnie zagrane role i hipnotyczna muzyka, która dźwięczy nam w głowach jeszcze przez kilka dni.

Psychoanalityczne Spotkania Filmowe „W głębi”: „Nastolatki”

„Zapraszamy na pierwsze po wakacyjnej przerwie spotkanie z cyklu Psychoanalityczne Spotkania Filmowe W głębi i pokaz filmu Nastolatki – odważnej opowieść o dojrzewaniu, przyjaźni i zmaganiu się z własnymi lękami

23.09, godz. 18.30, kino Forum
bilet: 14 zł

14115461_1243250509050895_8530243654185543307_o
Cykl Psychoanalitycznych Spotkań Filmowych „W głębi” to wynik współpracy działającego przy Białostockim Ośrodku Kultury Dkf Gag z Izabelą Trybus i Sebastianem Kiercelem, psychoterapeutami pracującymi w nurcie psychoanalitycznym.

Prelegentami podczas najbliższego spotkania będą:
Marek Jasiński – psychoanalityk, seksuolog kliniczny, rektor NWSP w Białymstoku
Dominik Sołowiej – dziennikarz, kryty literacki i filmowy

Kim, Bella i Momo, trzy prześladowane w szkole nastolatki, przechodzą przez trudny proces dojrzewania. Otoczone przez mroczny świat nastoletniej przemocy, zmarginalizowane i zagubione dziewczyny, mają tylko siebie. Wszystko się zmienia, gdy w ogrodzie jednej z nich, Belli, znajdują magiczny kwiat, którego sok zamienia dziewczęta w chłopców. Zmienia się nie tylko ich płeć ale także ich reakcja na to co znały do tej pory z perspektywy dziewczyn . Momo i Bella zdają sobie sprawę, że to tylko zabawa i udawanie. Jednak dla Kim, która jest nie pogodzona ze swoją płcią, bycie chłopcem jest czymś więcej. W swojej nowej skórze wreszcie czuję się ze sobą dobrze.

Zapraszamy do wspólnej analizy ukrytych w nim znaczeń i zależności.

Źródło: https://www.facebook.com/events/1594692467498491/

Almodóvar się nie starzeje! Recenzja filmu „Julieta”.

Filmy Pedro Almodóvara są kwintesencją hiszpańskiego temperamentu. Tak, jak Carlos Saura potrafił oddać wyjątkowość tańca flamenco, tak Almodóvar z mistrzowską precyzją opisuje gwałtowność uczuć i emocji targających sercami pięknych Hiszpanek, których uroda może być uosobieniem uniwersalnego, niestarzejącego się kanonu piękna. Najnowszy film Pedro Almodóvara „Julieta” to dowód na to, że niemłody już reżyser wciąż potrafi tworzyć filmy przemyślane, wysmakowane, hipnotyzujące nas nie tylko treścią, ale i formą.

julieta

Scenariusz „Juliety”, oparty na opowiadaniach Alice Munro, kanadyjskiej pisarki, laureatki literackiej Nagrody Nobla, to opowieść o kobiecie wracającej pamięcią do bolesnych wydarzeń sprzed lat. Kiedy Julieta (w tej roli Emma Suárez) po tragicznej śmierci męża musi na nowo ułożyć sobie życie, nie spodziewa się jeszcze, że za kilka lat jej dorosła córka nagle opuści ją i zniknie, nie pozostawiając żadnego wyjaśnienia. I chociaż wydaje nam się, że kobieta zaakceptowała decyzję Antíi, niespodziewana wiadomość od córki wszystko zmienia. Bohaterka postanawia wtedy napisać do niej list, w którym snuć będzie długą opowieść o swoim życiu – o miłości do jedynego mężczyzny i o wielkiej stracie, która zmieniła ją nie do poznania.

Nie znajdziemy w filmie Almodóvara żadnego zbędnego ujęcia lub słowa. Chociaż historia Juliety pozornie pozbawiona jest wyjątkowości, ta prosta historia, która mogła wydarzyć się pod każdą szerokością geograficzną, staje się – za sprawą zmysłowych, nasyconych kolorami, często bardzo symbolicznych obrazów – opowieścią jak magnes przyciągającą nas od ekranu.

Na tym właśnie polega filmowe mistrzostwo: umiejętność opowiadania historii, w której drobne, z pozoru tylko piękne ujęcia, są równie ważne co fabuła. Taka właśnie jest scena w pociągu, kiedy Julieta i jej przyszły mąż Xoan oglądają pędzącego w śnieżnej zamieci jelenia. Podobne wrażenie wywołuje ujęcie, w którym Julieta obserwuje Avę, rzeźbiącą postać nagiego mężczyzny. Takie kadry można wydrukować, oprawić w ramy i zachwycać się ich pięknem.

Niezwykłe są również aktorki Almodóvara. Porażająco zmysłowa Adriana Ugarte (grająca rolę młodej Juliety), obdarzona subtelną urodą Emma Suárez, tajemnicza Inma Cuesta (wcielająca się w postać rzeźbiarki Avy) oraz charakterystyczna, niepowtarzalna Rossa de Palma w roli służącej – każda z tych kobiet wnosi do filmu coś, co trudno jest nazwać, a co tworzy nieuchwytną, pociągającą aurę kobiecości.

Pedro Almodóvar wciąż robi wyjątkowe filmy. Chociaż od nakręcenia jego pierwszego pełnometrażowego obrazu „Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z dzielnicy” minęło już 36 lat, hiszpański reżyser wierny jest swojej poetyce i doskonale wie, co chce nam powiedzieć. I jeśli Woody’emu Allenowi możemy zarzucić, że w jego ostatnich filmach nie ma już tego wyjątkowego klimatu z „Zagraj to jeszcze raz, Sam” i „Annie Hall”, do filmów Almodóvara można mieć tylko jedno zastrzeżenie: za szybko się kończą!

Dominik Sołowiej

 

Wbrew hollywoodzkim schematom. Recenzja filmu „Co przynosi przyszłość”.

Oglądając amerykańskie filmy, wiemy, czego się spodziewać. Chociaż hollywoodzkie kino często polemizuje ze stworzonymi przez siebie schematami, jego rozwiązania fabularne są łatwe do przewidzenia. Trudno w opowieści o życiu nie przemycić gorącego romansu, scen łóżkowych, załamania nerwowego, walki o marzenia, śmierć, miłość i nienawiść. Takie propozycje zdominowały współczesne kino, możemy więc czuć się zaskoczeni, oglądając film, który idzie pod prąd, proponując intymną, wyważoną, subtelną narrację.

„Co przynosi przyszłość” w reżyserii Mii Hansen-Løve to historia Nathalie (w tej roli Isabelle Huppert) – zamężnej kobiety po czterdziestce, matki dwojga dorastających dzieci. Nathalie pracuje w szkole średniej jako nauczycielka filozofii. Pisze również podręczniki i książki z esejami filozoficznymi. W jej spokojne, poukładane życie odrobinę chaosu wnosi tylko chorująca na depresję matka, która nie jest w stanie poradzić sobie ze starością i samotnością. Z taką fabułą obcujemy przez kilkadziesiąt minut filmu, zastanawiając się, czy naprawdę tylko to miała nam do powiedzenia Mia Hansen-Løve: historię bez właściwości, przyciągającą uwagę wyłącznie pięknymi ujęciami paryskich kamienic oraz fragmentami dyskusji filozoficznych, jakie Nathalie prowadzi z mężem?

Jakby igrając z hollywoodzkimi schematami, Hansen-Løve burzy nagle to, co dotąd wydarzyło się na ekranie. Okazuje się bowiem, że mąż Nathalie – profesor filozofii – ma romans i postanawia odejść od żony po 25 latach małżeństwa. Kilka dni później w domu opieki umiera matka Nathalie, a wydawca postanawia zrezygnować z kolejnego druku jej podręcznika do filozofii. Pozostawiona samej sobie kobieta postanawia wyjechać do górskiego domu, w którym mieszka jej ulubiony uczeń Fabien – dwudziestokilkuletni przystojny pisarz, filozof i eseista. Wydaje się wtedy, że to idealny moment, by Nathalie nawiązała romans, by zmieniła coś w swoim życiu. Ale czy tak się stanie? Czy to właśnie ma przynieść przyszłość? Spełnienie marzeń? Rozwój? Nowe doświadczenia? A może smutek, melancholię i powrót do świata, którego Nathalie nigdy nie zdoła (a może nie chce) opuścić? Warto się o tym przekonać, oglądając film z Isabelle Huppert w roli głównej.

1

Film Mii Hansen-Løve to subtelna filmowa polemika z naszymi wyobrażeniami o wolności i życiu po czterdziestce, kiedy w ustabilizowaną, czasami nieco nudną egzystencję, wkrada się niepewność, zaskoczenie, konieczność przewartościowania wszystkiego, czego doświadczyliśmy i nauczyliśmy się o świecie. Kierując się stereotypami, myślimy wtedy, że to doskonała szansa, by zmienić coś na lepsze, doświadczyć czegoś innego, nowego. Kryzys może być stanem, w którym możemy odbić się od dna. Czy tak się stanie z Nathalie? Czy kobieta zapomni o 25 latach życia małżeńskiego?

Jest w filmie scena, w której bohaterka rozmawia na lekcji o rozumie i pożądaniu. Zastanawia się wtedy, co określa ludzi: rozum czy pożądanie? Kim jest człowiek, który nigdy nie pożądał, a który zawsze kierował się rozumem? O to pyta swoich uczniów Nathalie – kobieta wciąż jeszcze piękna, wzbudzająca pożądanie, ale zamknięta w świecie znanych sobie uczuć i emocji.

2

Henry Barnes z „The Guardian” nazwał film Hansen-Løve „mądrym, poważnym przedsięwzięciem: eksploracją niepewności, jaka może spotkać każdego z nas, w dowolnym wieku, kiedy tylko zaczniemy kwestionować życie, jakie sobie zbudowaliśmy”. Nathalie musi zakwestionować wszystko, co wie o sobie i najbliższych. I wydaje się, że w tym pojedynku z rzeczywistością wygrywa, kierując się tym, czego nauczyła ją filozofia. Tylko czy rozum wystarczy, by poradzić sobie z tym, co dyktuje serce?

Ostatnia scena filmu przynosi nadzieję, że Nathalie, niczym Hiob, nie podda się bolesnym doświadczeniom. Widzimy bowiem, jak spokojna, delikatnie uśmiechnięta bohaterka tuli w ramionach płaczące dziecko swojej córki. A w pokoju obok jej dorosłe dzieci spokojnie jedzą świąteczną kolację.

Dominik Sołowiej

Co przynosi przyszłość” („L’avenir”), reżyseria i scenariusz: Mia Hansen-Løve; produkcja: Francja, Niemcy; premiera w Polsce: 19 sierpnia 2016.

Foto.: „Liberation”Cytat: Aurora Films.

Życie w komunie, czyli hippisowska utopia

Czy dziś bylibyśmy w stanie żyć w jednym domu z ludźmi, których prawie nie znamy? Chodzić półnago po korytarzu, wiedząc, że ktoś może nam się przyglądać ciekawskim wzrokiem? Bohaterowie „Komuny” Thomasa Vinterberga nie mają z tym najmniejszego problemu. Wierzą w to, że uda im się zbudować miejsce otwarte dla każdego, przestrzeń, w której można nie tylko mieszkać, ale i szczerze dzielić się swoimi troskami i radościami. Czy stworzą prawdziwą wspólnotę, która przetrwa każde życiowe zawirowania? To utopia, a może realna szansa na szczęście?

7743733.3

Kiedy Anna (Trine Dyrholm) i Erik (Ulrich Thomsen), właściciele pięknego starego domu, postanawiają znaleźć współlokatorów, szybko okazuje się, że chętnych do zamieszkania w komunie jest mnóstwo. Wystarczy kilka telefonów, by ich dom zapełnił się zgrają głośnych, pozytywnie zwariowanych ludzi, którzy – podobnie jak Anna i Erik – dość mają sztywnego, mieszczańskiego życia. I tak, gdzieś na obrzeżach Kopenhagi, z dnia na dzień powstaje niezwykłe miejsce, tętniące energią, miłością, przyjaźnią i zrozumieniem. Z nieudawanym zdziwieniem oglądamy, jak obcy ludzie spotykają się codziennie przy wspólnym stole, by głosować nad wydatkami, rozstrzygać, kto powinien zapłacić za alkohol, zrobić kolację i zadbać o porządek w salonie. Nawet dwoje dzieci (6-letni Vilads i dorastająca Freja) mają prawo decydować o tym, co dzieje się w domu.

Oto stan totalnej harmonii, w której nie ma ludzi lepszych i gorszych, smutnych i szczęśliwych, bogatych i biednych. I kiedy jesteśmy już w stanie zaakceptować całą sytuację, będąc przekonani, że właśnie to chciał nam przekazać reżyser filmu – swoją wiarę lub pewność, że taka wspólnota jest możliwa – wszystko błyskawicznie się zmienia. Punktem kulminacyjnym jest moment, w którym Erik – za zgodą swojej żony – przyprowadza do domu kochankę. To nowe wyzwanie dla mieszkańców wspólnoty, która staje się bezradna wobec tego, co dzieje się między mężczyzną a dwiema zakochanymi w nim kobietami. Atmosfera znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Sielankowy, zabawny film o grupie zwariowanych ludzi zmienia się w pełen napięcia dramat. Okazuje się wtedy, że porozumienie w tak licznej grupie nie jest możliwe. Romans między Erikiem a młodą, atrakcyjną Emmą doprowadzi do sytuacji, której nie da się rozwiązać, siedząc przy wspólnym stole.

A więc prawdziwa wspólnota nie jest możliwa? Hippisowskie marzenia o raju na ziemi to mrzonka otępiałych umysłów? Czy jesteśmy w stanie zbudować dobrze funkcjonującą grupę rozumiejących się ludzi? Może w głębi serca jesteśmy egoistami, którym prędzej czy później zależeć będzie na tym, by zdominować innych? Thomas Vinterberg daleki jest od udzielania prostych odpowiedzi. Pod obejrzeniu jego „Komuny” wiemy z całą pewnością jedno: dobro wspólnoty nigdy nie powinno być ważniejsze niż dobro pojedynczego człowieka. Bo nie da się żyć w świecie, w którym ktoś inny będzie decydował, co jest dla nas dobre, a co złe. Film Vinterberga to także wyjątkowe studium miłości; opowieść o uczuciu, które tak łatwo zniszczyć, kierując się nawet najlepszymi intencjami.

Po obejrzeniu „Komuny” warto zweryfikować swoje wyobrażenia o świecie, w którym dziś wszyscy rozpychamy się łokciami, marząc o życiu w bezpiecznym, spokojnym społeczeństwie. Może „Komuna” zainspiruje nas do stworzenia miejsca, w którym nie tylko my poczujemy się dobrze? To utopia czy wyzwanie, które warto podjąć?

Dominik Sołowiej

Komuna”, reżyseria: Thomas Vinterberg, scenariusz: Thomas Vinterberg, Tobias Lindholm, produkcja: Dania, Holandia, Szwecja, premiera: 19.08.2016.

„Kłopotliwy człowiek”

Orwellowska wizja świata w skandynawskim wydaniu. Film, który na początku irytuje, szokuje, wywołuje obrzydzenie, ale po kilkunastu minutach nie pozwala oderwać się od telewizora. Oto wizja „doskonałej” rzeczywistości, wypranej z emocji, uczuć i duchowości; obraz, który stawia pod znakiem zapytania przyszłość świata, podporządkowanego zyskowi. Skoro jednak jest wśród nas jeden „kłopotliwy” człowiek, któremu coś w tym świecie nie pasuje, to może system prędzej czy później pęknie, załamie się pod swoim doskonałym ciężarem?

Polecam „Kłopotliwego człowieka” – jeden z najdziwniejszych skandynawskich filmów, jakie ostatnio widziałem.

denbrysommetog

Fot. www.hortenfilmklubb.no

„Gracz” Roberta Altmana

Niewiele jest dobrych filmów o kręceniu filmów. Hollywoodzcy reżyserzy najczęściej popadają albo w przesadny patos (ta opcja jest stosunkowo rzadka), albo śmieją się z Hollywood, przepowiadając jednocześnie jego zbliżający się koniec. „Gracz” Roberta Altmana jest inny. To film, który z przekąsem opowiada o krainie snów, pokazując blichtr, iluzję i fasadowość świata wielkich gwiazd i gwiazdeczek, producentów, reżyserów i scenarzystów. Ale z drugiej strony to opowieść o magii ruchomych obrazów, o ich sile kreowania rzeczywistości, wpływania na ludzkie marzenia, pragnienia i uczucia. „Gracz” jest kapitalnym filmem „metafilmowym”, bo oprócz wątku kryminalnego (kończącego się inaczej niż chcieliby tego amerykańscy producenci) mamy również filmową opowieść o robieniu filmu, pisaniu scenariuszy i zatrudnianiu gwiazd. „Gracz” z 1992 roku to dobre amerykańskie kino, którego dziś już chyba nie ma.

zoom_1418768844_The_Player@2x

Fot. http://www.moma.org

RSS Podcast Storytelab

  • Storytelab.pl Odcinek3
    W kolejnym odcinku podcastu Storytelab.pl rozmawiamy o książce Marii Konnikovej "Myśl jak Sherlock Holmes".
  • Storytelab.pl_odcinek2
    W drugim odcinku mówimy o książce "Metafora w marketingu. Jak przeniknąć umysły klientów dzięki metaforom głębokim" (G. i L. Zaltman) oraz "Sztuka pisania perswazyjnych tekstów" (P. Michalak, J. Woźniak).
  • Storytelab.pl_odcinek1
    Podcast poświęcony storytellingowi, marketingowi i social media. W tle muzyka Desove z płyty "Cruising", dostępnej pod adresem: rohsrecords.bandcamp.com/music