Dominik Sołowiej

Strona główna » 2016 » Styczeń

Archiwa miesięczne: Styczeń 2016

Jak zapamiętywać więcej? cz. 1

Niektórzy naukowcy twierdzą, że człowiek nie wykorzystuje wszystkich możliwości swojego mózgu. Czy możemy coś z tym zrobić? Czy możemy obudzić w sobie ukryty potencjał? Z całą pewnością tak! Chociaż nie będziemy w stanie nauczyć się np. bilokacji (przebywania w dwóch miejscach naraz), wytrwały trening mózgu może uczynić z nas geniuszy. Wystarczy odrobina cierpliwości i wiara we własne siły.

Aby obudzić ukryty potencjał intelektualny, trzeba zaangażować emocje. Dzięki nim jesteśmy w stanie nauczyć nasz mózg zapamiętywania dowolnych ilości informacji oraz – co równie istotne – swobodnego ich przypominania. A jest to dziś bardzo ważne, skoro przez cały dzień nasz umysł przyswaja około 30 Gigabajtów informacji (30 GB), z czego większość to tzw. szum informacyjny. Dlaczego nasz umysł trzeba nauczyć selektywnego, wybiórczego przyswajania danych. Chodzi o to, byśmy pamiętali tylko te informacje, które w życiu są nam potrzebne; które możemy wykorzystać w pracy lub w czasie odpoczynku, kiedy oddajemy się naszym pasjom i zainteresowaniom. Kluczem jest tzw. motywacja do zapamiętywania (Motivation to Remember, MTR). Jeśli uzmysłowimy sobie, co jest dla nas ważne; jeśli powiemy sobie, że dzięki np. czytanej właśnie książce wzbogaci się nasza wiedza; że informacje te będą nam później przydatne – to jest większe prawdopodobieństwo, że zapamiętamy więcej niż wtedy, gdy będziemy czytali coś na chłodno, jako kolejną pozycję, z którą trzeba się zapoznać. Nie musimy wmawiać sobie na starcie, że książka, którą właśnie kupiliśmy, będzie fascynująca (bo czasami trafiają się tytuły nudne), ale musimy mieć umysł gotowy na przyswajanie wiedzy. Musimy powiedzieć sobie: „Poświęcam czas na lekturę. Chcę się czegoś nauczyć. Jestem otwarty na świat i na informacje, które do mnie płyną. Zależy mi na moim rozwoju osobistym i zawodowym”. Takie podejście do wykonywanych czynności spowoduje, że będziemy zapamiętywać więcej i szybciej, a później – dzięki emocjonalnemu zaangażowaniu – łatwiej wrócimy do zapamiętanych informacji.

Zaangażowanie łączy się z pozytywnymi emocjami. Nasz mózg bardzo dobrze pamięta np. wszystkie wydarzenia, które powiązane zostały z odczuwaniem przyjemności lub dyskomfortu (dzięki temu pamiętamy niektóre wydarzenia z dzieciństwa i jesteśmy w stanie minuta po minucie opisać nasz ślub sprzed kilkunastu lat). Jeśli więc w trakcie nauki wprowadzimy mózg w stan zadowolenia (relaksując nie tylko głowę, ale i całe ciało), to w przyszłości przypomnimy sobie każdą ważną dla nas informację (do zapamiętywania możemy oczywiście zaangażować negatywne emocje – jeszcze silniejsze niż pozytywne – ale po co psuć sobie dobry nastrój?).

Oprócz zaangażowania ważna jest także wyobraźnia. Dzięki niej nasz umysł może działać cuda. Dzięki wyobraźni jesteśmy w stanie zapamiętać np. ciąg wyrazów dowolnej długości lub ciąg liczb (np. numer konta bankowego, PIN do telefonu komórkowego, hasło do poczty e-mail). Oto jedna z najprostszych metod zapamiętywania informacji: zakładki pamięci.

Wyobraźmy sobie, że musimy zrobić zakupy składające się z 10 produktów. Nie chcemy po raz kolejny sporządzać nudnej listy (często na mało estetycznych kartkach wyrwanych z gazety) i później spacerować po sklepie, hipnotycznie wpatrując się w notatki. Rozwiązaniem jest pamięć, która po prostu lubi, jaką się ją angażuje do interesujących czynności (a zakupy są nimi niewątpliwie). Jak przekonać nas mózg, by bez żadnego wysiłku zapamiętał informacje? Cóż, należy go wesprzeć „ściągawką”, którą w naszym przypadku będą części ciała. Oto lista zakupów: chleb, mleko, twaróg, pomidor, masło, czekolada, woda mineralna, sznurowadła, mrożone brokuły i kiełbasa.

Zajmijmy się pierwszymi czterema produktami. Wyobraźmy sobie, że nasza lewa stopa zmienia się w bochenek chleba; że wygląda i pachnie niezwykle smakowicie; że właśnie piekarz wyjął ją z pieca. Postarajmy się, by w naszej głowie pojawiły się wszystkie smakowite zapachy i kolory. Musimy dokładnie „zespolić” naszą stopę z wyobrażeniem chleba. Im więcej zmysłów zaangażujemy, tym lepiej. Następnie wyobraźmy sobie, że nasza prawa stopa zamienia się w mleko; że staje się ciekłą, białą substancją o charakterystycznym zapachu i konsystencji. Ważne jest, by każda sekunda pracy nad tym skojarzeniem była wypełniona zapachem i kolorem. Później wyobraźmy sobie, że w nasze lewe kolano np. wsadzamy kuchenną łyżeczkę i wyjmujemy pachnący kawałek twarogu. Musimy dokładnie skupić się na procesie wkładania łyżeczki w udo i wydobywania twarogu. A później skupmy się na prawym kolanie i wyobraźmy sobie, że uderzamy w nie ręką (możemy zrobić to naprawdę), na skutek czego kolano zmienia się w rozkwaszonego pomidora. I tak dalej. Aż wszystkie produkty zostaną zapamiętane. Później, w sklepie, wystarczy, że skupimy się na poszczególnych fragmentach naszego ciała, by natychmiast przypomnieć sobie przedmioty, które postanowiliśmy kupić. „Minusem” tej metody jest ograniczona ilość części ciała, podporządkowanych skojarzeniom. Mimo wszystko jesteśmy w stanie podać przynajmniej kilkadziesiąt elementów, z których składa się nasza postać (poszczególne elementy nogi, twarzy itp.).

Sukces osiągną ci, którzy wymyślą najbardziej ekstremalne wyobrażenia: nietypowe, oryginalne, często drastyczne. Bo nasz mózg działa właśnie w ten sposób. Jeśli zaproponujemy mu fascynującą zabawę, on będzie działał jak superkomputer z błyskawicznym dostępem do pamięci operacyjnej.
Wystarczy tylko odrobina treningu.

Życzę powodzenia!

Dominik Sołowiej

Najważniejsze jest bycie tu i teraz…

„Jak żyć, żeby żyć dobrze?” – odpowiedź na to pytanie dają nam wszystkie religie świata. I nie tylko. Dziś tysiące terapeutów, trenerów, doradców personalnych i psychiatrów ma sprawdzone rady na szczęście: być asertywnym, kreatywnym, odpowiedzialnym lub niefrasobliwym; nie bać się wyzwań, ignorować strach i potrzeby innych. Takie i inne propozycje znajdziemy w książkach poświęconych rozwojowi wewnętrznemu i nawiązywaniu (lub zrywaniu!) relacji z innymi ludźmi. Na nieszczęście bycie szczęśliwym nie jest takie proste. Jak więc odnaleźć radość życia oraz prawdę o świecie i sobie samym? Gdzie szukać twórczej energii, która zrobi z nas lepszych ludzi, szczególnie wtedy, gdy borykamy się z problemami? Czy ufać współczesnym autorytetom, a może sięgnąć do historii i w starych księgach szukać rozwiązań palących nas problemów? To, jak postąpimy, zależy wyłącznie od nas samych. Co nie znaczy, że nie warto wsłuchać się w słowa tych, którzy poszukiwanie prawdy mają już za sobą i chętnie dzielą się swoimi spostrzeżeniami.

Do takich ludzi z całą pewnością należy japoński mistrz zen rōshi Koshō Uchiyama, autor kilku wybitnych książek o buddyzmie, znawca kultury Zachodu, myśliciel i nauczyciel medytacji. Kiedyś, przechadzając się między półkami w mojej ulubionej księgarni, wpadłem na jego książkę, a właściwie na komentarz do starodawnego tekstu buddyjskiego mnicha Eihei Dōgena. Dōgen, żyjący w latach 1200-1253, napisał fascynującą rozprawę, której tytuł zaintrygował mnie tak bardzo, że postanowiłem kupić jej wydanie. Książka nosiła tytuł „Jak przyrządzić swoje życie? Zalecenia dla kucharza w klasztorze zen”. Czy życie należy przyrządzać? Przecież to nie potrawa, którą możemy dosolić, podsmażyć lub ugotować. A może w japońskich klasztorach zen dzieją się dziwne rzeczy? Ja musiałem to sprawdzić. Kupiłem więc książkę Dōgena i Uchiyamy, a ta odmieniła moje życie.

Zaznaczę na wstępie. Nie trzeba być wyznawcą buddyzmu, żeby sięgnąć po traktat Dōgena. I nie ma konieczności, by po przeczytaniu traktatu zmieniać swój religijny światopogląd. Bo mądre książki, napisane przez mądrych ludzi, mówią o sprawach uniwersalnych i nie zmuszają nas do czegokolwiek.

O czym więc pisze Dōgen? Mówiąc najprościej: o naszej ludzkiej codzienności. I praktykowaniu zachwytu na rzeczywistością tu i teraz. Właśnie tak czyni dobry kucharz w klasztorze zen, a więc ktoś, kto od rana do wieczora pracuje w pocie czoła, by zapewnić posiłek wszystkim praktykującym mnichom. Czy to oznacza, że kucharz, czyli tenzo, nigdy nie osiągnie oświecenia i nie dostąpi zaszczytu poznania prawdy? Dōgen spieszy z wyjaśnieniem: bez względu na to, co robimy, jak ważne są nasze życiowe obowiązki, powinniśmy skupić się wyłącznie na tym, by realizować je jak najlepiej: „Gdy płuczesz ryż, usuń z niego wszelki piasek. Robiąc to, nie strać nawet jednego ziarenka ryżu. Gdy patrzysz na ryż, masz widzieć jednocześnie piasek; gdy patrzysz na piasek, masz widzieć również ryż. Przyglądaj się obu uważnie. Wówczas posiłek zawierający sześć smaków i trzy wartości uda się w sposób naturalny”. Kucharz w klasztorze zen musi również skrupulatnie przygotować warzywa do gotowania, zagotować wodę, oczyścić pałeczki do ryżu po poprzednim posiłku i umyć garnki. Zajęć jest mnóstwo, więc – aby je wszystkie rzetelnie wykonać – potrzebne jest skupienie i świadomość tego, że każda czynność ma głęboki sens i przynosi pożytek nam i światu. Dlatego mnich, który jest dobrym kucharzem, również zostanie oświecony, bez względu na to, ile czasu spędza w sali medytacyjnej. Mistrz Koshō Uchiyama tak to wyjaśnia: „Gdy siedzisz w zazen [medytacji – przypis mój], tylko siedź, a gdy pracujesz jako tenzo tylko rób to. To duch samego siedzenia lub samego pracowania, który jest wspólny dla zazen jak pracy tenzo. Ta idea całkowitego koncentrowania się na jednej rzeczy jest kamieniem węgielnym nauk mistrza Dōgena”.

Rada jest więc prosta: jeśli gotujesz, skup się wyłącznie na gotowaniu; jeśli prowadzisz samochód, patrz tylko na to, co dzieje się na ulicy (tę radę dają nam także policjanci), a jeśli pomagasz drugiemu człowiekowi, myśl wyłącznie o nim, nie o sobie. Dzięki temu stopniowo wyeliminujesz z swojego życia wszystko to, co najbardziej ci przeszkadza, a co swoje źródło ma przede wszystkim w braku koncentracji.

Czyż nie mają racji ci, którzy twierdzą, że istnieje tylko teraźniejszość, bo przeszłość już nie istnieje, a przyszłość jeszcze się nie wydarzyła? Po co więc zawracać sobie głowę czymś, co nie ma nic wspólnego z upływającą właśnie chwilą? To jest właśnie nasz problem: idąc latem przez park, zamiast delektować się spacerem, wciąż myślimy o pracy; o tym, że właśnie pokłóciliśmy się z szefem; że trzeba zrobić zakupy na obiad, posprzątać w domu i zapłacić rachunki. A umyka nam to, że świeci słońce, śpiewają ptaki, a ludzie uśmiechają się do siebie od ucha do ucha.

Skupienie na chwili nie oznacza oczywiście, że powinniśmy zaniedbywać nasze obowiązki, czyli rezygnować z zakupów i gotowania obiadu. Dōogenowi chodzi o to, że jeśli spacerujesz po parku, to po prostu spaceruj, a jeśli przyjdzie chwila, że trzeba będzie ugotować posiłek, to się tym zajmij, zamiast myśleć, że kilka godzin temu straciłeś okazję na relaksującą przechadzkę. Czy warto podjąć to wyzwanie? Zdecydowanie tak! Bo kiedy opanujemy tę prostą i jednocześnie trudną do osiągnięcia umiejętność skupienia na chwili, będziemy panowali nad swoim życiem, eliminując z niego złość, stres i obawy o przyszłość.

Amerykańska mistrzyni zen Charlotte Joko Beck napisała kiedyś w jednej ze swoich książek, że w naszym życiu powinno być miejsce na trzy rodzaje myślenia: myślenie twórcze (np. tworzenie nowych idei), myślenie abstrakcyjne (np. rozwiązywanie zadań matematycznych) i planowanie czynności („Dziś mam zrobić zakupy na obiad”). Każdy inny rodzaj myślenia (np. dziś pokłóciłem się z szefem) odrywa nas od teraźniejszości.

XIV Dalajlama, zapytany kiedyś o to, co go najbardziej zadziwia w ludzkości, odpowiedział: „Człowiek. Bo poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze, następnie zaś poświęca pieniądze, by odzyskać zdrowie. Oprócz tego, jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości; żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera, tak naprawdę nie żyjąc”. Dlatego życzę wszystkim, by zawsze wtedy, gdy ich myśli wybiegają w przeszłość lub przyszłość, wsłuchali się w swój oddech, tykanie zegara, szum liści na wietrze lub ćwierkanie ptaków. I doznali spontanicznej, wyzwalającej radości!

Dominik Sołowiej – trener rozwoju osobistego

Mistrz Zen Dōgen, Rōshi Koshō Uchiyama, Jak przyrządzać swoje życie? Zalecenia dla kucharza w klasztorze zen, Wydawnictwo Elay, Jaworze 2010.

Bieguny Marka Kamińskiego, czyli jak realizować marzenia…

Marek Kamiński – podróżnik, który w 1995 roku zdobył biegun północy i południowy – od marca 2015 roku bierze udział w kolejnym przedsięwzięciu: pokonuje pieszo drogę z Kaliningradu do Santiago de Compostela (ponad 4 tysiące kilometrów). Ta wyprawa to dowód na to, że Kamiński nie może żyć bez realizowania marzeń. Wśród nich jest także prowadzenie fundacji, założonej po to, by pomagać ludziom cierpiącym m. in. z powodu choroby. Do beneficjentów fundacji należy Jan Mela, który na skutek tragicznego wypadku stracił lewe podudzie i prawe przedramię. Dzięki Markowi Kamińskiemu Mela udowodnił, że niepełnosprawność nie przeszkadza w realizowaniu najbardziej nieprawdopodobnych planów: w 2004 roku razem z Kamińskim zdobył biegun północny i południowy.

Dziś Fundacja Marka Kamińskiego to instytucja z prawdziwego zdarzenia, prowadzona przez kogoś, kto wie, jak pomagać innym. Kamiński pracuje bowiem według stworzonej przez siebie Metody Biegun, opartej na osobistych przemyśleniach i doświadczeniach. Podróżnik pokazuje dzięki niej „jak ważne są dla współczesnego młodego człowieka marzenia o pozytywnej przyszłości wspierane i budowane przez mentora, autorytet, który prowadzi i motywuje do działania, do zmiany”. Kamiński sugeruje, by „[…] otworzyć się na marzenia, wypowiedzieć je, a potem zaplanować swoja podróż. Pomyśleć, co ze sobą zabrać, co będzie nam potrzebne, jak przezwyciężyć przeciwności losu, kogo zabrać ze sobą, aby dojść dalej i szybciej”.

To banał, ale warto o nim pamiętać: podróżowanie jest jednym z najważniejszych i najciekawszych ludzkich doświadczeń. Dzięki niemu nie tylko odkrywamy bogactwo świata i piękno mieszkających w nim ludzi, ale dowiadujemy się wiele o sobie, bo każdy spotkany na drodze człowiek, każdy podziwiany o zachodzie słońca krajobraz skłania nas do uważnego przyjrzenia się sobie. Kim jestem? Dlaczego właśnie tak reaguję na nowo poznanego człowieka? Dlaczego zachwyca mnie ten budynek, pejzaż, zachód słońca? Każda podróż stawia przed nami takie pytania. Pozostaje tylko wsłuchać się w nie i udzielić właściwych odpowiedzi. Tego właśnie uczy nas Marek Kamiński. Czy jego metodę możemy zastosować w każdej życiowej sytuacji? Okazuje się, że tak! To idealna propozycja dla każdego, kto chce zmienić „na plus” swoje życie.

Oto Metoda Biegun w telegraficznym skrócie. Na początku Marek Kamiński sugeruje, by zastanowić się, co jest naszym biegunem. To mogą być niezrealizowane marzenia i plany, „wszystko to, co wprawia nas w ruch, jest czymś, co nosimy w sobie, co czujemy, że powinniśmy odkryć. To cel, który wymaga pracy, zmiany samego siebie, ale jest też wielką wartością, czymś, do czego warto zmierzać”. Aby znaleźć swój biegun, trzeba poznać samego siebie, skupić się nad tym, co jest dla nas naprawdę ważne, co jest dla nas prawdziwe. Prawda, że brzmi ciekawie? Tylko jak się za to zabrać? Kamiński radzi, by stworzyć sobie mapę myśli, na której zaznaczymy drogę, którą postanawiamy przejść. Mapa nie powinna zawierać żadnych ograniczeń. „Marząc o czymś, od razu zastanów się krok po kroku, jak to osiągnąć” – pisze Kamiński. A później mówi: „Najlepszą praktyką jest dobra teoria”. I sugeruje, by – planując wyprawę – zdobyć wszystkie możliwe informacje. Ich źródłem może być internet, książki oraz osoby, które wcześniej zrealizowały podobne do naszych plany. Następnym krokiem jest wyjście poza schemat. Kamiński radzi, by po przeanalizowaniu dostępnych informacji, zejść z utartych dróg myślenia i poszukać własnych rozwiązań, bo dzięki temu zdobywanie bieguna stanie się wyłącznie naszą wyprawą i wiele powie nam o nas samych.

Krok piąty może być zaskoczeniem: „Wizualizacja jako metoda przygotowań”. Teraz musimy wyobrazić sobie, jak realizujemy nasz plan krok po korku, wizualizując również sytuacje trudne, ekstremalne i nieprzyjemne. Dzięki temu przygotujemy się emocjonalnie na kryzys, który może nas spotkać podczas wędrówki na biegun. Ważne jest także to, że pozytywnie programujemy wtedy naszą podświadomość, a ona ma istotny wpływ na nasze emocje i sposób doświadczania świata. Kolejny krok to start, a później uświadomienie sobie, że droga jest ważniejsza niż cel!

Idąc na nasz biegun pamiętajmy również, że każda podróż może zakończyć się porażką. Ale nie ryzykuje tylko ten, kto nic nie robi. Kamiński pisze: „Ryzykując to, co dla nas cenne czy nawet najcenniejsze, możemy przekonać się o wartości swojego życia i odkryć, jacy jesteśmy, i uwolnić się od bojaźni oraz wyolbrzymionych lęków o nieraz wyimaginowane stany lub rzeczy”. Kamiński mówi również, że nawet wtedy, gdy popełniamy błędy, zdobywamy doświadczenie. Bo najważniejsze jest , by każda porażka była dla nas lekcją.

I na koniec dwie cenne sugestie polskiego podróżnika: „Nie osiedlaj się na biegunie” i „Poznaj samego siebie”. Dlaczego mamy nie osiedlać się na biegunie? Przecież zawsze marzyliśmy, by tam dotrzeć. No tak, ale zdobycie bieguna nie musi wiązać się ze stagnacją. Warto przecież śmiało spoglądać w przyszłość i stawiać sobie nowe cele i wyzwania. Najnieszczęśliwszy jest chyba ten człowiek, który zrealizował wszystkie swoje plany i przestał marzyć. Dlatego po zdobyciu bieguna chwytajmy za mapę i planujmy kolejną podróż.

A co chodzi w ostatnim, dziesiątym kroku? Kamiński sugeruje, byśmy poznali samych siebie, a przecież robiliśmy to od początku naszej podróży, jeszcze wtedy, gdy planowaliśmy drogę. Odpowiedź jest prosta: po zdobyciu bieguna trzeba prześledzić w myślach i wspomnieniach całą trasę, krok po kroku. Chodzi o to, by „[…] wrócić myślami do tej chwili, kiedy odkryliśmy biegun, a może jeszcze wcześniej, kiedy zaczęliśmy podróż w głąb siebie, aby go odkryć. Przypomnieć sobie chwile, kiedy nieraz wbrew sobie i naszej przeszłości potrafiliśmy przekroczyć schematy i ograniczenia, z których może nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę”. Dzięki temu możemy lepiej zapamiętać ścieżkę naszego sukcesu i później realizować ją w życiu, zdobywając kolejne bieguny.

Pamiętajmy, że Metoda Biegun Marka Kamińskiego nie dotyczy wyłącznie podróży geograficznych. To całościowy i bardzo spójny system realizacji różnych celów. Wśród nich może być zdobycie nowej pracy, uzyskanie certyfikatu pilota albo przewodnika turystycznego. Oczywiście metodę Kamińskiego możemy z sukcesem stosować w naszych wędrówkach po świecie, planując podróż do dziwnych, ekstremalnych, niebanalnych miejsc. Każdy, kto ma trochę pieniędzy, może kupić bilet lotniczy do odległego miejsca na kuli ziemskiej i znaleźć się tam w przeciągu kilkunastu godzin. Tylko czy wtedy będzie miał prawdziwą satysfakcję z podróży? Chyba nie do końca. Metoda Biegun jest bowiem dla tych, którzy nie chcą dróg na skróty, bo bardziej cenią podróżowanie niż docieranie do celu.

Źródło informacji i cytatów:
Marek Kamiński, Odkryj, że biegun nosisz w sobie, Warszawa 2014.
Marek Kamiński, Warto podążać za marzeniami. Moja podróż przez życie, Warszawa 2012.
Marek Kamiński, Razem na bieguny, Gdańsk 2008.

Dominik Sołowiej

Moc spokojnego oddechu

Oddech towarzyszy nam w każdej chwili naszego życia. Bo nasze ciało nie mogłoby funkcjonować bez życiodajnego tlenu. Nic więc dziwnego, że lekarze jednym głosem podkreślają, jak ważne dla naszego zdrowia jest właściwe oddychanie. Moglibyśmy zadać pytanie: czy nasze choroby i codzienne dolegliwości nie biorą się z tego, że nie potrafimy oddychać w sposób naturalny, swobodny, a więc tak, jak chciała natura? W jaki sposób powinniśmy oddychać, by zapewnić sobie zdrowie i witalność? Czy oprócz książek o współczesnej medycynie, możemy sięgnąć do praktycznych poradników i wiedzy minionych pokoleń? Z całą pewnością tak.

O tym, jak powinniśmy oddychać, mówią starożytne teksty napisane przez joginów. Znajdziemy w nich kilka propozycji, skupiających się przede wszystkim na oddychaniu piersiowym. Wśród nich jest dość ekstremalny sposób oddychania, który polega na wciąganiu brzucha podczas wdechu i jego wypychaniu przy wydechu. Ta metoda jest – według mnie – trudna i nie zawsze nieprzyjemna. I trzeba się do niej przyzwyczajać. Dlatego chciałbym zachęcić do przyjrzenia się buddyjskim technikom medytacyjnym, szczególnie tym ze szkoły zen, która uczy właściwego podejścia do życia, czyli spokojnej kontemplacji rzeczywistości i bycia tu i teraz.

Na początku, przy wdechu, musimy skupić się na swobodnym strumieniu powietrza wnikającym do dziurek w naszym nosie. To powietrze będzie następnie wypełniać dolną część brzucha i – stopniowo – płuca, unosząc klatkę piersiową. Oddychając brzuchem, możemy wyobrazić sobie, że przy pępku trzymamy balon i pompujemy go powietrzem. Kiedy klatka się wypełni, powietrze powinno delikatnie unieść nasze ramiona. Wydech przebiegać ma w odwrotnej kolejności. Powietrze będziemy delikatnie wypychać z płuc, a następnie z dolnej części brzucha. Dlaczego taka sekwencja jest ważna? Bo uruchamia ona przeponę, która istnieje w naszym ciele po to, by zmieniać kształt oraz objętość klatki piersiowej, umożliwiając nam oddychanie. Oddychanie przeponowe pozwala wykorzystać naturalną objętość naszych płuc, a przez to lepiej dotlenić mózg i ciało. Jeśli opanujemy właśnie taki sposób oddychania, będziemy sprawniej mówić, gdyż głos płynący podczas oddychania przeponowego jest silniejszy i nie pochodzi bezpośrednio z krtani, a więc oszczędza nam gardło podczas mówienia. Poza tym istnieją niesamowite opowieści o tybetańskich mnichach, którzy za sprawą oddechu i właściwej koncentracji potrafili maksymalnie obniżać temperaturę swojego ciała i ilość uderzeń serca na minutę, co pozwalało im zmniejszyć metabolizm nawet o 64%. Takie ćwiczenie spowalnia procesy starzenia i daje szansę na zachowanie młodości i witalności.

Ale nie tylko korzyści somatyczne są dla nas ważne. Właściwy oddech wpływa na kondycję psychiczną. Uspokajając oddech, uspokajamy nasze myśli. To banał, ale warto o nim pamiętać: kiedy jesteśmy zdenerwowani, nasz oddech jest szybki, rwany, nieregularny. Wydaje nam się wtedy, że płuca zaraz wyskoczą nam z piersi. Wystarczy wtedy zatrzymać się na moment i wziąć kilka spokojnych, głębokich oddechów, by uspokoić skołatane nerwy. Kiedy to zrobimy, przyjrzyjmy się swojemu oddechowi. Okaże się wówczas, że jego początek będzie miał miejsce w brzuchu, a nie w płucach.

Ale właściwe oddychanie pozwala nam także na osiągnięcie głębokiej koncentracji. Mistrzowie zen proponują, by przez kilka lub kilkanaście minut spokojnie liczyć oddechy, od 1 do 10. Wdech, wydech… 1; wdech, wydech… 2. Metoda jest bardzo prosta i bardzo skuteczna. I może nam zapewnić doskonałą kondycję psychofizyczną. Co ważne, praktykując oddech medytacyjny, wcale nie musimy akceptować dogmatów buddyzmu bądź hinduizmu. Właśnie na tym polega magia medytacji: można ją praktykować bez względu na religię, skupiając się przede wszystkim na jej prozdrowotnych właściwościach. Okaże się wtedy, że dysponujemy potężnym, niedocenianym wciąż źródłem zdrowia, szczęścia i urody.

Dominik Sołowiej

Psychoanalityczne Spotkanie Filmowe

Jako prelegent, reprezentujący krytykę filmową :), zapraszam na Psychoanalityczne Spotkania Filmowe. Tym razem obejrzymy „Anomalisę”. Białystok, Kino Forum, 22 stycznia, godz. 20.15. Szczegóły na Facebooku:

https://www.facebook.com/events/584979101653608/

1025433-paramount-picks-charlie-kaufman-s-anomalisa

 

 

Urodziłem się w Saczkowcach…

Mój film o pisarzu Józefie Rybińskim – autorze „Słońca na miedzy”.

Nowy projekt „Storytelab”

„Każda historia ma swój początek… Witaj na pierwszej stronie opowieści o Storytelab – projekcie łączącym najlepszy storytelling ze skutecznym marketingiem. Mamy nadzieję, że obdarzysz nas zaufaniem i zbudujesz razem z nami kolejną marketingową opowieść. Dowiedz się, co możemy dla Ciebie zrobić i kim jesteśmy – Dominik Sołowiej i Jakub Sosnowski”.

www.storytelab.pl

Clipboard01