„The Square” – reż. Ruben Östlund

Ten film wywraca do góry nogami nasze rozumienie sztuki, politycznej poprawności i tego, co nazywamy zaufaniem człowieka do człowieka. Polecam „The Square” w reżyserii Rubena Östlunda. Film zaskakuje, wywołuje obrzydzenie, śmiech, strach i – co najważniejsze – zmusza do myślenia.

„The Square” – oczywiście – w Kinie Forum (Białostocki Ośrodek Kultury): http://bok.bialystok.pl/repertuar/the-square/

Reklamy

Obłąkany taniec Gustawa

„Dziady. Noc pierwsza” – reż. Piotr Tomaszuk – Teatr Wierszalin w Supraślu

Dramaty romantyczne nie należą do łatwych w odbiorze. I równie trudno jest wystawić je na deskach teatru. Oniryczność fabuły, celowa fragmentaryczność tekstu, niedopowiedzenia, aluzje i intertekstualne nawiązania czyniły z dramatów Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego utwory, przez które czytelnik lub widz często musiał przedzierać się, tocząc ze sobą i z utworem intelektualno-emocjonalną „wojnę”.

Dlatego wielkie uznanie należy się Teatrowi Wierszalin z Supraśla, który odważył się na wystawienie IV części „Dziadów” Adama Mickiewicza – niezwykłej opowieści o nieszczęśliwej miłości.

1

W rolę Gustawa wcielił się Rafał Gąsowski – z całą pewnością jeden z najlepszych aktorów teatralnych w Polsce. To dzięki niemu tekst, który czytaliśmy w czasach szkolnej edukacji (na czytaniu niestety kończąc), nabiera życia, stając się żywą historią prawdziwego człowieka. Gustaw w wykonaniu Gąsowskiego to szaleniec, intelektualista, poeta, pustelnik, wędrowiec bez domu. Jego pojawienie się na scenie elektryzuje i hipnotycznie przyciąga uwagę. Aktor porusza się po scenie dumnym scenicznym krokiem, a chwilę później tańczy obłąkany taniec, zwija się z bólu, pląsa, śpiewa, do granic absurdu przeciągając ostatnie głoski wyrazów. Co chwila podchodzi do wiadra z wodą i chłodzi rozpalone czoło. To dzięki Gąsowskiemu trudny tekst Mickiewicza chłoniemy z niesłabnącym zainteresowaniem, uczestnicząc w prawdziwym misterium dziadów. Ale do tego przyzwyczaił nas Piotr Tomaszuk, tworząc teatr głęboko humanistyczny, antropologiczny, sięgający do korzeni ludzkiej duchowości. Skoro dziady to obrzęd ludowy, pierwotny, pogański – nie może się on odbywać w innej przestrzeni niż stary drewniany dom, pachnący kadzidłem i roztopionym woskiem. Dlatego trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na dziady niż wieloletnia siedziba teatru, położona przy brukowanej supraskiej uliczce. Tu wszystko do siebie pasuje: ascetyczność scenografii, proste drewniane rekwizyty oraz transowa muzyka, doskonale współgrająca z naszymi emocjami. Czytaj dalej „Obłąkany taniec Gustawa”

Jak być szczęśliwym, czyli prosta sztuka życia…

Od chwili, kiedy otwierasz z rana oczy, aż do momentu, gdy kładziesz się zmęczony o 23.30, zaliczając 10 godzin intensywnej pracy, do twojego mózgu dociera pond 32 GB informacji. Większość z nich to tzw. szum, „śmieci”, czyli dane, które mózg rejestruje, spychając gdzieś na dalsze półki w swojej super pojemnej bibliotece.

Kiedy jedziesz samochodem, kątem oka dostrzegasz setki reklam i ogłoszeń. Później słuchasz radia i od niechcenia przeglądasz gazetę, starając się zapamiętać przepis na gulasz, które ugotował jakiś celebryta. Niestety tylko niewielka część informacji, przerabianych przez mózg w trakcie dnia, jest przez ciebie świadomie zapamiętywana i rejestrowana w pamięci krótkotrwałej, a później długotrwałej. Nasza głowa właśnie tak musi działać, żebyśmy nie musieli co kilka dni kłaść się na oddział szpitala psychiatrycznego lub zamykać się na pół roku w klasztorze, by odreagować intensywny tydzień w pracy. Z drugiej strony szkoda, że to, co widzimy, słyszymy, czujemy, dotykamy nie jest nawet w naszej pamięci zapisywane.

child-817368_1280

Czytaj dalej „Jak być szczęśliwym, czyli prosta sztuka życia…”

Wbrew hollywoodzkim schematom. Recenzja filmu „Co przynosi przyszłość”.

Oglądając amerykańskie filmy, wiemy, czego się spodziewać. Chociaż hollywoodzkie kino często polemizuje ze stworzonymi przez siebie schematami, jego rozwiązania fabularne są łatwe do przewidzenia. Trudno w opowieści o życiu nie przemycić gorącego romansu, scen łóżkowych, załamania nerwowego, walki o marzenia, śmierć, miłość i nienawiść. Takie propozycje zdominowały współczesne kino, możemy więc czuć się zaskoczeni, oglądając film, który idzie pod prąd, proponując intymną, wyważoną, subtelną narrację.

„Co przynosi przyszłość” w reżyserii Mii Hansen-Løve to historia Nathalie (w tej roli Isabelle Huppert) – zamężnej kobiety po czterdziestce, matki dwojga dorastających dzieci. Nathalie pracuje w szkole średniej jako nauczycielka filozofii. Pisze również podręczniki i książki z esejami filozoficznymi. W jej spokojne, poukładane życie odrobinę chaosu wnosi tylko chorująca na depresję matka, która nie jest w stanie poradzić sobie ze starością i samotnością. Z taką fabułą obcujemy przez kilkadziesiąt minut filmu, zastanawiając się, czy naprawdę tylko to miała nam do powiedzenia Mia Hansen-Løve: historię bez właściwości, przyciągającą uwagę wyłącznie pięknymi ujęciami paryskich kamienic oraz fragmentami dyskusji filozoficznych, jakie Nathalie prowadzi z mężem?

Jakby igrając z hollywoodzkimi schematami, Hansen-Løve burzy nagle to, co dotąd wydarzyło się na ekranie. Okazuje się bowiem, że mąż Nathalie – profesor filozofii – ma romans i postanawia odejść od żony po 25 latach małżeństwa. Kilka dni później w domu opieki umiera matka Nathalie, a wydawca postanawia zrezygnować z kolejnego druku jej podręcznika do filozofii. Pozostawiona samej sobie kobieta postanawia wyjechać do górskiego domu, w którym mieszka jej ulubiony uczeń Fabien – dwudziestokilkuletni przystojny pisarz, filozof i eseista. Wydaje się wtedy, że to idealny moment, by Nathalie nawiązała romans, by zmieniła coś w swoim życiu. Ale czy tak się stanie? Czy to właśnie ma przynieść przyszłość? Spełnienie marzeń? Rozwój? Nowe doświadczenia? A może smutek, melancholię i powrót do świata, którego Nathalie nigdy nie zdoła (a może nie chce) opuścić? Warto się o tym przekonać, oglądając film z Isabelle Huppert w roli głównej.

1

Film Mii Hansen-Løve to subtelna filmowa polemika z naszymi wyobrażeniami o wolności i życiu po czterdziestce, kiedy w ustabilizowaną, czasami nieco nudną egzystencję, wkrada się niepewność, zaskoczenie, konieczność przewartościowania wszystkiego, czego doświadczyliśmy i nauczyliśmy się o świecie. Kierując się stereotypami, myślimy wtedy, że to doskonała szansa, by zmienić coś na lepsze, doświadczyć czegoś innego, nowego. Kryzys może być stanem, w którym możemy odbić się od dna. Czy tak się stanie z Nathalie? Czy kobieta zapomni o 25 latach życia małżeńskiego?

Jest w filmie scena, w której bohaterka rozmawia na lekcji o rozumie i pożądaniu. Zastanawia się wtedy, co określa ludzi: rozum czy pożądanie? Kim jest człowiek, który nigdy nie pożądał, a który zawsze kierował się rozumem? O to pyta swoich uczniów Nathalie – kobieta wciąż jeszcze piękna, wzbudzająca pożądanie, ale zamknięta w świecie znanych sobie uczuć i emocji.

2

Henry Barnes z „The Guardian” nazwał film Hansen-Løve „mądrym, poważnym przedsięwzięciem: eksploracją niepewności, jaka może spotkać każdego z nas, w dowolnym wieku, kiedy tylko zaczniemy kwestionować życie, jakie sobie zbudowaliśmy”. Nathalie musi zakwestionować wszystko, co wie o sobie i najbliższych. I wydaje się, że w tym pojedynku z rzeczywistością wygrywa, kierując się tym, czego nauczyła ją filozofia. Tylko czy rozum wystarczy, by poradzić sobie z tym, co dyktuje serce?

Ostatnia scena filmu przynosi nadzieję, że Nathalie, niczym Hiob, nie podda się bolesnym doświadczeniom. Widzimy bowiem, jak spokojna, delikatnie uśmiechnięta bohaterka tuli w ramionach płaczące dziecko swojej córki. A w pokoju obok jej dorosłe dzieci spokojnie jedzą świąteczną kolację.

Dominik Sołowiej

Co przynosi przyszłość” („L’avenir”), reżyseria i scenariusz: Mia Hansen-Løve; produkcja: Francja, Niemcy; premiera w Polsce: 19 sierpnia 2016.

Foto.: „Liberation”Cytat: Aurora Films.

Nie wolno się bać, strach zabija duszę…

Mózg człowieka działa jak komputer – precyzyjna, niezwykle wydajna maszyna, która bez wysiłku wykonuje skomplikowane operacje. To dzięki niej możemy analizować i interpretować to, co dociera do nas z otaczającej rzeczywistości. A skoro mózg jest maszyną, to możemy go programować, decydując o tym, czy chcemy być nieszczęśliwi, czy zadowoleni z życia. Dlaczego więc nie korzystamy z tej opcji? I dlaczego pozwalamy, by to negatywne myśli i emocje decydowały o naszym nastawieniu? Możemy powinniśmy uważnie przyjrzeć się naszemu umysłowi i nauczyć się dostrajać go do pozytywnych wibracji? Czy jest to możliwe? Specjaliści twierdzą, że tak.

Buddha's_statue_near_Belum_Caves_Andhra_Pradesh_India

Najprostszą metodą, prowadzącą do szczęścia, jest uśmiech. Okazuje się bowiem, że umysł funkcjonuje zupełnie inaczej w chwili, gdy nasze usta wyginają się w charakterystyczny sposób. Jeśli kąciki ust unoszą się do góry, to znaczy, że mózg wysłał do naszego ciała informację związaną z ekspresją szczęścia, zadowolenia, pozytywnego zaskoczenia. A jeśli opuszczamy je ku dołowi, mózg chce w ten sposób przekazać informację, że stało się np. coś złego. Naukowcy uważają, że taki przebieg impulsu od mózgu do ciała można odwrócić. Bo mózg tak naprawdę nie wie, jaka jest przyczyna naszego uśmiechu, więc reaguje tak, jak mu podpowiemy. Kiedy więc jesteśmy smutni, przygnębieni, załamani, uśmiechajmy się na siłę, unosząc kąciki ust do góry. Mózg uzna ten sygnał za pozytywną informację i zmusi ciało do wydzielania tzn. endorfin, czyli hormonów szczęścia.

Co ważne, uśmiechając się możemy „zarazić” kogoś swoim szczęściem. Specjaliści twierdzą bowiem, że w naszym mózgu istnieją tzw. neurony lustrzane, które powodują, że na skrzywienie czyjejś twarzy reagujemy taką samą miną. Podobnie jest z ziewaniem (o tym, że jest zaraźliwe, wiedzą chyba wszyscy) i z uśmiechaniem się właśnie. Dlatego zafundujmy sobie szeroki uśmiech (nawet wtedy, gdy jest nam niewesoło) i zwróćmy uwagę, jak zareaguje na to człowiek mijający nas np. na ulicy. Istnieje dużo prawdopodobieństwo, że na uśmiech odpowie uśmiechem.

Powiedzmy sobie szczerze: każdy człowiek chce być szczęśliwy i ma prawo do szczęścia. Co więc stoi nam na przeszkodzie, by to osiągnąć? Według mnie: strach, gniew i złość, a więc te negatywne doznania, które odwracają naszą uwagę od życia i nie pozwalają nam doświadczać piękna upływającej chwili. Niektórzy twierdzą, że za wszystkim stoi wyłącznie strach, który nie tylko paraliżuje, ale i skłania do przemocy i nienawiści. A przecież możemy traktować strach jako ulotne, przejściowe doświadczenie, która ma nas ostrzec przed niebezpieczeństwem i – w ten sposób – uratować nam życie. Frank Herbert, jeden z najwybitniejszych pisarzy wszech czasów, w swojej powieści „Diuna” zaproponował nam genialnie prostą modlitwę, chroniącą nas przed konsekwencjami strachu:

„Nie wolno się bać, strach zabija duszę. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niech przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. Jestem tylko ja”.

Nauczmy więc mózg właściwego odczuwania strachu. Zaprogramujmy go, by w tej konkretnej emocji widział skuteczne ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem. I tylko tyle. Kiedy w chwili odczuwania strachu skupimy się wyłącznie na fizycznych doznaniach, które wywołuje w ciele, a więc kiedy „będziemy” swoim strachem – nie pozwolimy, by ten opanował nasze myśli i emocje i odebrał nam zdolność rozsądnego, racjonalnego myślenia. Dlatego poczujmy wszystko to, co dzieje się w nas, kiedy czegoś się boimy. Ktoś może mieć wrażenie, że jakaś zimna obręcz zaciska się na jego gardle i odbiera mu zdolność mówienia. Ktoś inny poczuje silny ucisk w okolicach żołądka albo kłucie w klatce piersiowej. Kogoś zacznie boleć kręgosłup albo szyja, a ktoś inny dostanie drżenia rąk. Jeśli naprawdę wczujemy się w te doznania, doświadczając ich do granic możliwości, strach odpłynie jak za dotknięciem magicznej różdżki.

A jeśli dojdziemy do wniosku, że taka metoda na nic się nie przyda, możemy wykorzystać techniki NLP, czyli Neurolingwistycznego Programowania [mózgu]. Jedna z nich polega na dystansowaniu się do swoich emocji. Wyobraźmy więc sobie następującą sytuację: siedzimy w kinie, oglądając film, na którymi widzimy siebie, doświadczającego paraliżującego strachu, np. wtedy, gdy musimy dotknąć węża albo pająka. Odczujmy przy tym wszystkie emocje, które pojawiają się w naszym ciele, a następnie, po kilku minutach, wyobraźmy sobie, że stoimy w kącie sali kinowej i z uwagą przyglądamy się sobie, siedzącemu w fotelu i oglądającemu siebie, kiedy dotykamy pająka. Później wyobraźmy sobie, że stoimy w pomieszczeniu, w którym puszczany jest film, i przez niewielki otwór w ścianie znów przyglądamy się sobie, stojącemu w rogu sali, patrzącemu na siebie, kiedy siedzimy w fotelu i oglądamy film, na którym z czułością gładzimy wielkiego kosmatego pająka. Ta metoda działa w ten sposób, że po kilku treningach (zajmujących łącznie kilkanaście minut) jesteśmy w stanie zdystansować się od negatywnych emocji, lęków i fobii, wywoływanych często przez banalne, niegroźne sytuacje.

I na koniec jeszcze jedna, znacznie przyjemniejsza metoda radzenia sobie ze strachem i stresem, nazywana przez specjalistów „kotwicą”. Chodzi w niej o to, by pozytywne emocje w ciele i umyśle skojarzyć z prostym gestem. W jaki sposób kotwiczymy w mózgu pozytywne doznania? Technika jest prosta. Siedząc wygodnie w fotelu, wyobraźmy sobie, że opalamy się na plaży, leżąc na rozgrzanym piasku. Wokół nas jest spokój i cisza. Może jesteśmy na zasłużonym urlopie? Może właśnie teraz mamy okazję, by zapomnieć o wszystkich problemach? Doświadczajmy tej sytuacji tak długo jak chcemy, doświadczając całkowitego relaksu i rozluźnienia. Niech nasz mózg i ciało dokładnie zapamiętają wszystkie pozytywne doznania płynące z wyobraźni. Wtedy na kilkanaście sekund wykonajmy prosty, prawie niezauważalny gest. Możemy np. zetknąć ze sobą kciuk i mały palce lewej lub prawej dłoni. Robimy to po to, by nasz mózg skojarzył ze sobą gest z pozytywnymi emocjami wywołanymi „odpoczynkiem na plaży”. Jeśli kilkanaście razy wykonany tę technikę, umysł skojarzy gest z emocjami i później, kiedy dopadnie nas stres, zetknięcie dwóch palców natychmiast wprowadzi nasze ciało i mózg w stan głębokiej relaksacji. Czy to działa? Zdecydowanie tak! Autor tego tekstu na własnej skórze doświadczył wszystkich korzyści płynących z techniki „kotwicy” i dystansowania się do emocji. Ale możecie mu wierzyć tylko na słowo. Może więc warto osobiście sprawdzić, czy NLP działa? I później podzielić się swoimi uwagami z czytelnikami „Echa życia”? Zapraszam więc do dyskusji o sile ludzkiego umysłu.

Dominik Sołowiej

Kontakt: dsolowiej@gmail.com, www.dominiksolowiej.pl

Źródło fotografii: Wikipedia (autor: Purshi) (CC BY-SA 3.0)

Jak zapamiętywać więcej? cz. 1

Niektórzy naukowcy twierdzą, że człowiek nie wykorzystuje wszystkich możliwości swojego mózgu. Czy możemy coś z tym zrobić? Czy możemy obudzić w sobie ukryty potencjał? Z całą pewnością tak! Chociaż nie będziemy w stanie nauczyć się np. bilokacji (przebywania w dwóch miejscach naraz), wytrwały trening mózgu może uczynić z nas geniuszy. Wystarczy odrobina cierpliwości i wiara we własne siły.

Aby obudzić ukryty potencjał intelektualny, trzeba zaangażować emocje. Dzięki nim jesteśmy w stanie nauczyć nasz mózg zapamiętywania dowolnych ilości informacji oraz – co równie istotne – swobodnego ich przypominania. A jest to dziś bardzo ważne, skoro przez cały dzień nasz umysł przyswaja około 30 Gigabajtów informacji (30 GB), z czego większość to tzw. szum informacyjny. Dlaczego nasz umysł trzeba nauczyć selektywnego, wybiórczego przyswajania danych. Chodzi o to, byśmy pamiętali tylko te informacje, które w życiu są nam potrzebne; które możemy wykorzystać w pracy lub w czasie odpoczynku, kiedy oddajemy się naszym pasjom i zainteresowaniom. Kluczem jest tzw. motywacja do zapamiętywania (Motivation to Remember, MTR). Jeśli uzmysłowimy sobie, co jest dla nas ważne; jeśli powiemy sobie, że dzięki np. czytanej właśnie książce wzbogaci się nasza wiedza; że informacje te będą nam później przydatne – to jest większe prawdopodobieństwo, że zapamiętamy więcej niż wtedy, gdy będziemy czytali coś na chłodno, jako kolejną pozycję, z którą trzeba się zapoznać. Nie musimy wmawiać sobie na starcie, że książka, którą właśnie kupiliśmy, będzie fascynująca (bo czasami trafiają się tytuły nudne), ale musimy mieć umysł gotowy na przyswajanie wiedzy. Musimy powiedzieć sobie: „Poświęcam czas na lekturę. Chcę się czegoś nauczyć. Jestem otwarty na świat i na informacje, które do mnie płyną. Zależy mi na moim rozwoju osobistym i zawodowym”. Takie podejście do wykonywanych czynności spowoduje, że będziemy zapamiętywać więcej i szybciej, a później – dzięki emocjonalnemu zaangażowaniu – łatwiej wrócimy do zapamiętanych informacji.

Zaangażowanie łączy się z pozytywnymi emocjami. Nasz mózg bardzo dobrze pamięta np. wszystkie wydarzenia, które powiązane zostały z odczuwaniem przyjemności lub dyskomfortu (dzięki temu pamiętamy niektóre wydarzenia z dzieciństwa i jesteśmy w stanie minuta po minucie opisać nasz ślub sprzed kilkunastu lat). Jeśli więc w trakcie nauki wprowadzimy mózg w stan zadowolenia (relaksując nie tylko głowę, ale i całe ciało), to w przyszłości przypomnimy sobie każdą ważną dla nas informację (do zapamiętywania możemy oczywiście zaangażować negatywne emocje – jeszcze silniejsze niż pozytywne – ale po co psuć sobie dobry nastrój?).

Oprócz zaangażowania ważna jest także wyobraźnia. Dzięki niej nasz umysł może działać cuda. Dzięki wyobraźni jesteśmy w stanie zapamiętać np. ciąg wyrazów dowolnej długości lub ciąg liczb (np. numer konta bankowego, PIN do telefonu komórkowego, hasło do poczty e-mail). Oto jedna z najprostszych metod zapamiętywania informacji: zakładki pamięci.

Wyobraźmy sobie, że musimy zrobić zakupy składające się z 10 produktów. Nie chcemy po raz kolejny sporządzać nudnej listy (często na mało estetycznych kartkach wyrwanych z gazety) i później spacerować po sklepie, hipnotycznie wpatrując się w notatki. Rozwiązaniem jest pamięć, która po prostu lubi, jaką się ją angażuje do interesujących czynności (a zakupy są nimi niewątpliwie). Jak przekonać nas mózg, by bez żadnego wysiłku zapamiętał informacje? Cóż, należy go wesprzeć „ściągawką”, którą w naszym przypadku będą części ciała. Oto lista zakupów: chleb, mleko, twaróg, pomidor, masło, czekolada, woda mineralna, sznurowadła, mrożone brokuły i kiełbasa.

Zajmijmy się pierwszymi czterema produktami. Wyobraźmy sobie, że nasza lewa stopa zmienia się w bochenek chleba; że wygląda i pachnie niezwykle smakowicie; że właśnie piekarz wyjął ją z pieca. Postarajmy się, by w naszej głowie pojawiły się wszystkie smakowite zapachy i kolory. Musimy dokładnie „zespolić” naszą stopę z wyobrażeniem chleba. Im więcej zmysłów zaangażujemy, tym lepiej. Następnie wyobraźmy sobie, że nasza prawa stopa zamienia się w mleko; że staje się ciekłą, białą substancją o charakterystycznym zapachu i konsystencji. Ważne jest, by każda sekunda pracy nad tym skojarzeniem była wypełniona zapachem i kolorem. Później wyobraźmy sobie, że w nasze lewe kolano np. wsadzamy kuchenną łyżeczkę i wyjmujemy pachnący kawałek twarogu. Musimy dokładnie skupić się na procesie wkładania łyżeczki w udo i wydobywania twarogu. A później skupmy się na prawym kolanie i wyobraźmy sobie, że uderzamy w nie ręką (możemy zrobić to naprawdę), na skutek czego kolano zmienia się w rozkwaszonego pomidora. I tak dalej. Aż wszystkie produkty zostaną zapamiętane. Później, w sklepie, wystarczy, że skupimy się na poszczególnych fragmentach naszego ciała, by natychmiast przypomnieć sobie przedmioty, które postanowiliśmy kupić. „Minusem” tej metody jest ograniczona ilość części ciała, podporządkowanych skojarzeniom. Mimo wszystko jesteśmy w stanie podać przynajmniej kilkadziesiąt elementów, z których składa się nasza postać (poszczególne elementy nogi, twarzy itp.).

Sukces osiągną ci, którzy wymyślą najbardziej ekstremalne wyobrażenia: nietypowe, oryginalne, często drastyczne. Bo nasz mózg działa właśnie w ten sposób. Jeśli zaproponujemy mu fascynującą zabawę, on będzie działał jak superkomputer z błyskawicznym dostępem do pamięci operacyjnej.
Wystarczy tylko odrobina treningu.

Życzę powodzenia!

Dominik Sołowiej