Jak być szczęśliwym, czyli prosta sztuka życia…

Od chwili, kiedy otwierasz z rana oczy, aż do momentu, gdy kładziesz się zmęczony o 23.30, zaliczając 10 godzin intensywnej pracy, do twojego mózgu dociera pond 32 GB informacji. Większość z nich to tzw. szum, „śmieci”, czyli dane, które mózg rejestruje, spychając gdzieś na dalsze półki w swojej super pojemnej bibliotece.

Kiedy jedziesz samochodem, kątem oka dostrzegasz setki reklam i ogłoszeń. Później słuchasz radia i od niechcenia przeglądasz gazetę, starając się zapamiętać przepis na gulasz, które ugotował jakiś celebryta. Niestety tylko niewielka część informacji, przerabianych przez mózg w trakcie dnia, jest przez ciebie świadomie zapamiętywana i rejestrowana w pamięci krótkotrwałej, a później długotrwałej. Nasza głowa właśnie tak musi działać, żebyśmy nie musieli co kilka dni kłaść się na oddział szpitala psychiatrycznego lub zamykać się na pół roku w klasztorze, by odreagować intensywny tydzień w pracy. Z drugiej strony szkoda, że to, co widzimy, słyszymy, czujemy, dotykamy nie jest nawet w naszej pamięci zapisywane.

child-817368_1280

Czytaj dalej „Jak być szczęśliwym, czyli prosta sztuka życia…”

Reklamy

Nie wolno się bać, strach zabija duszę…

Mózg człowieka działa jak komputer – precyzyjna, niezwykle wydajna maszyna, która bez wysiłku wykonuje skomplikowane operacje. To dzięki niej możemy analizować i interpretować to, co dociera do nas z otaczającej rzeczywistości. A skoro mózg jest maszyną, to możemy go programować, decydując o tym, czy chcemy być nieszczęśliwi, czy zadowoleni z życia. Dlaczego więc nie korzystamy z tej opcji? I dlaczego pozwalamy, by to negatywne myśli i emocje decydowały o naszym nastawieniu? Możemy powinniśmy uważnie przyjrzeć się naszemu umysłowi i nauczyć się dostrajać go do pozytywnych wibracji? Czy jest to możliwe? Specjaliści twierdzą, że tak.

Buddha's_statue_near_Belum_Caves_Andhra_Pradesh_India

Najprostszą metodą, prowadzącą do szczęścia, jest uśmiech. Okazuje się bowiem, że umysł funkcjonuje zupełnie inaczej w chwili, gdy nasze usta wyginają się w charakterystyczny sposób. Jeśli kąciki ust unoszą się do góry, to znaczy, że mózg wysłał do naszego ciała informację związaną z ekspresją szczęścia, zadowolenia, pozytywnego zaskoczenia. A jeśli opuszczamy je ku dołowi, mózg chce w ten sposób przekazać informację, że stało się np. coś złego. Naukowcy uważają, że taki przebieg impulsu od mózgu do ciała można odwrócić. Bo mózg tak naprawdę nie wie, jaka jest przyczyna naszego uśmiechu, więc reaguje tak, jak mu podpowiemy. Kiedy więc jesteśmy smutni, przygnębieni, załamani, uśmiechajmy się na siłę, unosząc kąciki ust do góry. Mózg uzna ten sygnał za pozytywną informację i zmusi ciało do wydzielania tzn. endorfin, czyli hormonów szczęścia.

Co ważne, uśmiechając się możemy „zarazić” kogoś swoim szczęściem. Specjaliści twierdzą bowiem, że w naszym mózgu istnieją tzw. neurony lustrzane, które powodują, że na skrzywienie czyjejś twarzy reagujemy taką samą miną. Podobnie jest z ziewaniem (o tym, że jest zaraźliwe, wiedzą chyba wszyscy) i z uśmiechaniem się właśnie. Dlatego zafundujmy sobie szeroki uśmiech (nawet wtedy, gdy jest nam niewesoło) i zwróćmy uwagę, jak zareaguje na to człowiek mijający nas np. na ulicy. Istnieje dużo prawdopodobieństwo, że na uśmiech odpowie uśmiechem.

Powiedzmy sobie szczerze: każdy człowiek chce być szczęśliwy i ma prawo do szczęścia. Co więc stoi nam na przeszkodzie, by to osiągnąć? Według mnie: strach, gniew i złość, a więc te negatywne doznania, które odwracają naszą uwagę od życia i nie pozwalają nam doświadczać piękna upływającej chwili. Niektórzy twierdzą, że za wszystkim stoi wyłącznie strach, który nie tylko paraliżuje, ale i skłania do przemocy i nienawiści. A przecież możemy traktować strach jako ulotne, przejściowe doświadczenie, która ma nas ostrzec przed niebezpieczeństwem i – w ten sposób – uratować nam życie. Frank Herbert, jeden z najwybitniejszych pisarzy wszech czasów, w swojej powieści „Diuna” zaproponował nam genialnie prostą modlitwę, chroniącą nas przed konsekwencjami strachu:

„Nie wolno się bać, strach zabija duszę. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niech przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. Jestem tylko ja”.

Nauczmy więc mózg właściwego odczuwania strachu. Zaprogramujmy go, by w tej konkretnej emocji widział skuteczne ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem. I tylko tyle. Kiedy w chwili odczuwania strachu skupimy się wyłącznie na fizycznych doznaniach, które wywołuje w ciele, a więc kiedy „będziemy” swoim strachem – nie pozwolimy, by ten opanował nasze myśli i emocje i odebrał nam zdolność rozsądnego, racjonalnego myślenia. Dlatego poczujmy wszystko to, co dzieje się w nas, kiedy czegoś się boimy. Ktoś może mieć wrażenie, że jakaś zimna obręcz zaciska się na jego gardle i odbiera mu zdolność mówienia. Ktoś inny poczuje silny ucisk w okolicach żołądka albo kłucie w klatce piersiowej. Kogoś zacznie boleć kręgosłup albo szyja, a ktoś inny dostanie drżenia rąk. Jeśli naprawdę wczujemy się w te doznania, doświadczając ich do granic możliwości, strach odpłynie jak za dotknięciem magicznej różdżki.

A jeśli dojdziemy do wniosku, że taka metoda na nic się nie przyda, możemy wykorzystać techniki NLP, czyli Neurolingwistycznego Programowania [mózgu]. Jedna z nich polega na dystansowaniu się do swoich emocji. Wyobraźmy więc sobie następującą sytuację: siedzimy w kinie, oglądając film, na którymi widzimy siebie, doświadczającego paraliżującego strachu, np. wtedy, gdy musimy dotknąć węża albo pająka. Odczujmy przy tym wszystkie emocje, które pojawiają się w naszym ciele, a następnie, po kilku minutach, wyobraźmy sobie, że stoimy w kącie sali kinowej i z uwagą przyglądamy się sobie, siedzącemu w fotelu i oglądającemu siebie, kiedy dotykamy pająka. Później wyobraźmy sobie, że stoimy w pomieszczeniu, w którym puszczany jest film, i przez niewielki otwór w ścianie znów przyglądamy się sobie, stojącemu w rogu sali, patrzącemu na siebie, kiedy siedzimy w fotelu i oglądamy film, na którym z czułością gładzimy wielkiego kosmatego pająka. Ta metoda działa w ten sposób, że po kilku treningach (zajmujących łącznie kilkanaście minut) jesteśmy w stanie zdystansować się od negatywnych emocji, lęków i fobii, wywoływanych często przez banalne, niegroźne sytuacje.

I na koniec jeszcze jedna, znacznie przyjemniejsza metoda radzenia sobie ze strachem i stresem, nazywana przez specjalistów „kotwicą”. Chodzi w niej o to, by pozytywne emocje w ciele i umyśle skojarzyć z prostym gestem. W jaki sposób kotwiczymy w mózgu pozytywne doznania? Technika jest prosta. Siedząc wygodnie w fotelu, wyobraźmy sobie, że opalamy się na plaży, leżąc na rozgrzanym piasku. Wokół nas jest spokój i cisza. Może jesteśmy na zasłużonym urlopie? Może właśnie teraz mamy okazję, by zapomnieć o wszystkich problemach? Doświadczajmy tej sytuacji tak długo jak chcemy, doświadczając całkowitego relaksu i rozluźnienia. Niech nasz mózg i ciało dokładnie zapamiętają wszystkie pozytywne doznania płynące z wyobraźni. Wtedy na kilkanaście sekund wykonajmy prosty, prawie niezauważalny gest. Możemy np. zetknąć ze sobą kciuk i mały palce lewej lub prawej dłoni. Robimy to po to, by nasz mózg skojarzył ze sobą gest z pozytywnymi emocjami wywołanymi „odpoczynkiem na plaży”. Jeśli kilkanaście razy wykonany tę technikę, umysł skojarzy gest z emocjami i później, kiedy dopadnie nas stres, zetknięcie dwóch palców natychmiast wprowadzi nasze ciało i mózg w stan głębokiej relaksacji. Czy to działa? Zdecydowanie tak! Autor tego tekstu na własnej skórze doświadczył wszystkich korzyści płynących z techniki „kotwicy” i dystansowania się do emocji. Ale możecie mu wierzyć tylko na słowo. Może więc warto osobiście sprawdzić, czy NLP działa? I później podzielić się swoimi uwagami z czytelnikami „Echa życia”? Zapraszam więc do dyskusji o sile ludzkiego umysłu.

Dominik Sołowiej

Kontakt: dsolowiej@gmail.com, www.dominiksolowiej.pl

Źródło fotografii: Wikipedia (autor: Purshi) (CC BY-SA 3.0)